niedziela, 19 grudnia 2010

Good night Dżerzi

Janusz Głowacki napisał powieść o Jerzym Kosińskim. A dokładnie o tym jak poszukiwał jego śladów i wspomnień, gdy pracował nad scenariuszem do filmu o Dżerzim. Powieść nie jest wielkim wydarzeniem, choć jej promocja była mega. Ot takie luźno związane anegdotki, przeplatane typowym dla Głowackiego cynicznym humorem. Ale czyta się dobrze. Smutne obrazki z Nowego Yorku na zmianę ze scenkami erotycznymi. Aż do ostatniego rozdziału, mamy świadomość, że obserwujemy prawdziwy świat, nie blichtr zza oceanu. Dopiero na koniec autor wyjawia motyw napisania książki - nie otrzymał ostatniej raty za scenariusz. I widzimy jak facet, który nie umie liczyć (dwa razy pisze o trzech centymetrach i 80 milimetrach, opisując bodajże różnicę wzrostu) każe swojemu mecenasowi sięgać do rozporka Jerzego. Siła słowa pisanego triumfuje nad pieniędzmi. Prześladowany polski Żyd nad Niemcem.! Tak trzymać.

Na koniec muszę napisać, że Jerzy Kosiński jest dla mnie ważny, bo dzięki niemu wziąłem, przyznaję bierny, udział w dyskusji o literaturze. Pewna osoba z bliskiego mi wówczas kręgu zastanawiała się czy sztuka może opisywać rzeczy nieistniejące. Był to rok 1986, więc dla ludzi wychowanych w socrealu płonące żyrafy musiały być dziwne. Teraz wiem, że literatura opisuje wyłącznie rzeczy nieprawdziwe.

sobota, 23 stycznia 2010

Olga Tokarczuk. Prowadź pług swój przez kości umarłych


Mamy polskiego Jamesa Bonda, Bridget Jones, mamy wreszcie Clarice Starling z Milczenia owiec Thomasa Harrisa. Hannibal Lecter opuścił już ziemski padół, więc przygaszona bohaterka wyjeżdża na sudecki koniec świata. Niestety i tu odzywa się głos płaczących owiec, tym razem w przebraniu suczek. W poszukiwaniu zabójców, polska Clarice - Janina Duszejko nawiązuje kontakt z rachitycznym policjantem i tłumaczem Blake'a, egozotyczną pięknością z Lumpeksu, zarośniętym etomologiem (podobnie jak u Harrisa, znikają pod kołdrą). Nic więcej napisać nie mogę, bo to rasowy eko-psycho-polo-thriller. Czyta się świetnie.

sobota, 16 stycznia 2010

Anish Kapoor w Royal Academy of Arts

Wystawa przeszła do historii, nie odbiła się głośnym echem, po co więc o niej pisać? Otóż dla mnie to przykład miałkości zachodniej sztuki, przynajmniej w tej części, która jest szeroko eksponowana. Dzieła Kapoora nie przedstawiają żadnej treści, są zabawą formą, a gdy autor sięga po automaty stają się nudne. Powstaje pytanie, czemu Kapoor jest hołubiony przez elity artystyczne? Czy chodzi o zwykły oportunizm, czy fascynację estetyką?